Obiecaliśmy 350 dolarów? Zapłać dwa razy tyle.

Sześćset dolarów, czyli około trzy tysiące złotych trzeba będzie zapłacić, aby dostać w swoje rączki konsumencką wersję Oculus Rift CV1. Palmer Luckey we wczesnym stadium projektu obiecywał, że finalna wersja będzie kosztowała trzysta pięćdziesiąt dolarów. Niestety słowa nie dotrzymał. Sam natomiast jest bardzo zadowolony z wyników sprzedaży (pierwsza partia została wyprzedana w zaledwie 14 minut!) oraz twierdzi, że cena wcale nie jest wysoka w porównaniu do możliwości jakie oferują gogle. Obszerną dyskusję Palmera z oburzonymi internautami możecie przeczytać TUTAJ.

Niestety to nie koniec złych wieści. Aby w ogóle korzystać z Oculusa trzeba posiadać nie lada sprzęt. Chodzi oczywiście o komputer, który będzie miał na pokładzie GTXa 970 bądź AMD 290 oraz i5-4590. Do tego co najmniej 8GB pamięci RAM. Na dokładkę Oculus korzysta z trzech portów USB 3.0, jednego USB 2.0 oraz jednego wejścia HDMI. Do korzystania z gogli potrzebny jest też 64 bitowy Windows 7. Niestety, z powodu ceny takiego zestawu “oculus ready” typowy Kowalski nie będzie mógł pobawić się goglami od Oculus’a i pozostanie mu kartonowy odpowiednik ze smartfonem w środku.

A teraz po tych wszystkich złych rzeczach, skupmy się na tym co dostaniemy jeśli zdecydujemy się zostać narciarzem w naszym domowym zaciszu i zakupimy gogle. W każdym (w tym momencie pre-order’owym) zamówieniu znajdziemy same gogle wraz z wbudowanymi słuchaweczkami, „kamerkę”, która będzie śledziła ruchy naszej głowy w przestrzeni, mały pilot oraz pad od XBOX One. Dodatkowo otrzymamy dwie gry: EVE: Valkyrie oraz Lucky’s Tale.

Na horyzoncie pozostaje Oculus Touch, którego premiera została przesunięta na drugą połowę 2016. Na razie kontrolery zapowiadają się bardzo dobrze, ale czy „grzybki” od Oculus’a zrewolucjonizują rynek kontrolerów ruchowych? Tego nie wie nikt. Miejmy nadzieję, że nie skończą tak jak PS Move czy Kinect.